Nie wiedziałem o istnieniu przemocy w rodzinach

Nie zadawałem sobie pytania, dlaczego niektóre dzieciaki wcześnie opuszczają dom. Wszyscy twierdzili, że prawdopodobnie były „rozwydrzone”. Wiele lat później, kiedy byłem młodym lekarzem, wykładającym w ramach psychologii społecznej problematykę agresji, wiernie przedstawiałem studentom podręcznikowe wyniki badań nad agresją wobec wrogów lub nieznajomych, ale nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego nie było tam relacji na temat agresji wobec bliskich. W tamtych czasach przemoc w rodzinie była dobrze strzeżoną tajemnicą. Zdarzała się, ale nikt o niej nie mówił, nawet naukowcy zajmujący się badaniami psychologicznymi. Moje wejście w świat przemocy wobec żon odbyło się w trochę dziwny sposób, okrężną drogą. W 1974 roku, kiedy pracowałem jako profesor psychologii sądowej na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej, wziąłem urlop naukowy, żeby zająć się projektem modernizacji szkolenia policyjnego. Przez dwa lata, w każdy piątkowy wieczór, jeździłem na patrole z funkcjonariuszami miejscowej komendy policji. Byłem świadkiem przemocy i śmierci, a także dowiedziałem się, że do najbardziej uciążliwych obowiązków policji należały interwencje dotyczące tak zwanych „awantur rodzinnych”.

Jak odkrywałem świat przemocy wobec żon

Jak to możliwe, że u kogoś powstaje tak intensywna i wielka potrzeba innej osoby, iż tłumi zdolność do postrzegania drugiego człowieka jako istoty ludzkiej, obdarzonej własnymi pragnieniami i życiem? Jak to możliwe, żeby wściekłość mogła aż tak opanować człowieka? Dorastałem w świecie, w którym nie istnieli mężczyźni tacy jak Ike Turner, O. J. Simpson czy Robert – a przynajmniej tak mi się zdawało – taki świat, który obecnie wydaje się odległym wspomnieniem. Nigdy nie byłem świadkiem pobicia ani nawet uderzenia kogoś, przynajmniej w rodzinie lub w kręgu dalszych znajomych. Mój ojciec był łagodnym człowiekiem, rzadko podnosił głos wobec rodziny, nigdy na nikogo nie podniósł ręki. Dopiero wiele lat po opuszczeniu domu odkryłem, że jego ojciec używał przemocy. Tata nigdy nie mówił o tym w trakcie mojego dorastania i właściwie nigdy nie wspominał o moim dziadku. Wiedziałem tylko, że między nimi coś było nie w porządku. Tata w wieku szesnastu lat musiał porzucić szkołę, żeby dopomóc w utrzymaniu rodziny; jego ojciec miał „problemy z piciem” i porzucił dom. Zdobyłem się na zadanie ojcu kilku pytań, ale otrzymałem tylko zdawkowe odpowiedzi, którym towarzyszyło odwrócenie wzroku. Szybko nauczyłem się nie pytać.

Ściągnął pościel i wyciągnął mnie z łóżka za włosy

W sypialni paliło się światło, więc widziałam jego twarz… Była przerażająca, zniekształcona, wykrzywiona. Kąciki ust ściągnięte w dół jak pyszczek ryby, zęby zaciśnięte, szczęka wysunięta do przodu, nozdrza wzdęte, a oczy wytrzeszczone i puste. Zaczął okładać mnie pięścią, najpierw po brzuchu i bokach, a potem po twarzy. Wrzeszczał: „Ty suko, ty dziwko, ty pieprzona zdziro!”. To wszystko, co pamiętam. W tym momencie Carol straciła przytomność. W wyniku pobicia Carol doznała złamania nosa i szczęki, nadłamania dwóch zębów i stłuczenia żeber. Dostała dwumiesięczne zwolnienie z pracy. Matka Carol powiedziała w jej biurze, że córka miała wypadek samochodowy. Tylko rodzice, siostra i dwie przyjaciółki wiedziały, co naprawdę zaszło. Robert nie chciał mówić o tym nikomu. W trakcie leczenia Robert ujawnił w końcu, że uważał, iż żona miała romans, i że kiedy „zniknęła” na przyjęciu odbyła stosunek seksualny z kolegą z pracy. W rzeczywistości rozmawiała z dwiema koleżankami na balkonie. Kiedy spytaliśmy go, gdzie jego zdaniem mogło dojść do tych intymnych kontaktów na zatłoczonym przyjęciu, odparł:
Nie wiem, w samochodzie albo coś takiego. Następnie Robert wyjaśnił, że kiedy rozzłościł się, miał
„wściekłe odjazdy”, których później nie pamiętał. To było tak – mówił – jakbym pogrążał się w czerwonej fali.

Motywy sprawcze

Minęły trzy tygodnie, zanim Robert zaczął mówić o wydarzeniu, które doprowadziło do jego obecności w grupie. Problemy zaczęły się na przyjęciu w miejscu pracy żony. Około trzydziestu osób piło i gawędziło, nagle Carol „zniknęła”. Robert nie potrafił jej odnaleźć w wielkim, obcym domu, w którym odbywało się przyjęcie. Kiedy w końcu po dziesięciu czy piętnastu minutach znalazł ją, zaczął nalegać, żeby wyszli. Spytałem go, co wówczas czuł. Po chwili namysłu odpowiedział: Nic. Pojechali do domu, ona położyła się do łóżka, a on zaczął oglądać telewizję.
Kolejna rzecz, jaką pamiętał to obraz żony leżącej w kałuży krwi na podłodze w sypialni. Wezwał jej krewnych i policję. Zgodnie z raportem policyjnym na pytanie, co się stało, odparł: Musiałem ją uderzyć. W sądzie przyznał się do winy, mówiąc jedynie: Musiałem to zrobić. Kiedy zapytałem, ile czasu minęło między oglądaniem telewizji a spostrzeżeniem Carol we krwi, nie potrafił sobie tego przypomnieć. Chyba musiałem ją uderzyć, ale nie pamiętam. Przyjąłem wówczas, że wstyd przyćmił mu pamięć. Teraz wiem, że zdarzyło się coś innego – wpadł we wściekłość – towarzyszącą stanom ogromnego fizycznego pobudzenia, charakterystycznego dla ataków przemocy – powodującą rozdwojenie świadomości. W „normalnym” stanie, Robert nie pamiętał, co się zdarzyło; nigdy nie zakodował w pamięci wspomnienia tego incydentu.

Morze miłości. Morze wściekłości

„Przeciętny wygląd” – był średniego wzrostu i budowy, szatyn o piwnych oczach. Nosił niebieskie dżinsy, drelichową koszulę i ciężkie, robocze buty. Z zawodu był nurkiem głębinowym, miał dwadzieścia kilka lat. Pierwszego wieczoru, podczas zajęć w grupie Robert był wyraźnie spięty. Nieustannie zaciskał i rozwierał pięści, kołysał się w przód i w tył na fotelu, wpatrywał się w podłogę, jakby próbował wypalić w niej dziurę. Unikał wszelkiego kontaktu wzrokowego, a kiedy zadawano mu pytanie, ledwie powstrzymywał się od łez. Pomimo iż dziesięciu spośród dwunastu mężczyzn w grupie, po uznaniu ich winnymi przemocy wobec żon, zostało skierowanych na leczenie nakazem sądu i wszyscy mieli problemy ze złością i przemocą, Robert ich denerwował.
Co teraz czujesz? – zapytałem go. Wzruszył ramionami i odparł: Nie wiem, nic szczególnego… myślę, że nic. Poprosiłem uczestników zajęć, by opisali, jak go postrzegają. Powiedzieli, że sprawia wrażenie człowieka wystraszonego, przygnębionego i niespokojnego, że drażni ich i denerwuje. Zdziwił się.

Mężczyźni stosują tylko przemoc w domu?

Kalifornijscy oskarżyciele, którzy udostępnili radiu taśmy komendy policji w Los Angeles, podważyli wielki mit, jakoby mężczyźni stosujący przemoc w domu byli również odstręczający w życiu publicznym. Kiedy ujawniona zostaje przemoc w związkach intymnych, nasze prywatne teorie na ten temat rozpadają się. Nie sposób rozpoznać sprawców na podstawie wyglądu. I nie sposób zrozumieć, jak to się dzieje, że mężczyźni, którzy na pozór wydają się „poskładani”, stosują w domu przemoc. Nie pojmujemy, dlaczego tak dotkliwie przeżywają stratę żony, którą sami wypędzili. Albo dlaczego ten ból przeradza się we wściekłość i chęć jej fizycznego unicestwienia. Kiedyś przeprowadziłem wywiad z mężczyzną, który zamordował żonę i dwoje dzieci, a potem chciał się zastrzelić. Broń nie wypaliła. Spytałem, czy mógłby mi wyjaśnić swoje postępowanie. Powiedział tylko: „Skoro nie mogłem ich mieć, nie chciałem, żeby miał ich ktoś inny”. Dla niektórych jest to równoznaczne z tym, że traktował swoją rodzinę nie jako ludzi, ale jako przedmioty, ja natomiast myślę, że uważał ich za swoją własność, nad którą trzeba sprawować kontrolę i o którą trzeba dbać tak, jak narkoman troszczy się o swoją działkę narkotyku.

Wszyscy przyjmujemy pewien stereotyp agresora

Jest to mężczyzna prymitywny, niewykształcony – prawdziwy brutal. Ja też przychylałem się do takiej opinii. Kiedy zacząłem prowadzić grupy terapeutyczne dla skierowanych przez sąd mężczyzn stosujących przemoc wobec żon, moją pierwszą reakcją na nich było zdumienie, jak bardzo są „normalni”. Wcale nie wszyscy byli szaleńcami czy roztrzęsionymi neurotykami. Nie byli też bez wyjątku mizoginami. W gruncie rzeczy, na pierwszy rzut oka nie różnili się od mężczyzn, których mijałem na ulicy w drodze na sesję. Wydaje nam się, że ludzie wyrządzający krzywdę będą to mieli wypisane na twarzy; że nie rekrutują się spośród nas, a już na pewno nie należą do grona naszych bohaterów. Toteż, kiedy gazety podają, że, na przykład, Peter Martins, balet- mistrz Baletu Nowojorskiego i były czołowy tancerz Królewskiego Baletu Duńskiego został oskarżony o przemoc wobec żony (oskarżenie zostało wycofane), jesteśmy zaszokowani. Gdy słuchamy zeznań O. J. Simpsona oczerniającego żonę i zapoznajemy się ze zdjęciami jej posiniaczonej twarzy, jesteśmy wstrząśnięci i zbulwersowani. To nie pasuje do naszego idola. To się nie powinno było zdarzyć. Kiedy wszystkie największe stacje radiowe transmitowały na żywo wstępne rozprawy sądowe w sprawie O. J., ludzie zbierali się przed salą sądową, sprzedając koszulki z napisem „Módlcie się za O. J.”, a koledzy O. J. z drużyny dowodzili swej lojalności, zaklinając się, że nie mógł być mordercą.

Zeznawnie na rzecz oskarżenia jako biegły

Nigdy wcześniej nie spotkałem O. J. Simpsona, nie przeprowadzałem z nim wywiadu w ramach prowadzonych przeze mnie grup terapeutycznych dla agresywnych mężczyzn. Ale poznałem wielu takich jak on. Nie poznałem też nigdy Ike’a Turnera. Pamiętam tylko program przygotowany przez niego z Tiną Turner w początkach lat 60. i błyskotliwe rewie Ike’a i Tiny. Niemniej mam wrażenie, że w pewien sposób znam również jego, przynajmniej takim, jakim sportretowano go w filmie What’s Love Got to Do with It [Co ma tu do rzeczy miłość]. Film ukazywał karierę Tiny, kontrolowaną przez Ike’a. Był też opowieścią o ucieczce Tiny przed jego przemocą i atakami tyranii. W filmie przedstawiono Ike’a jako mężczyznę niefrasobliwego i wesołego w towarzystwie kolegów, ale brutalnego wobec Tiny. Nieustannie podkopywał jej zaufanie, nie doceniał talentu, wyraźnie dążył do dominacji. Od czasu do czasu dochodziło do wybuchów przemocy – bicia pięścią, uderzeń w twarz, obrażania, a nawet gwałtu. Był jednocześnie jej mentorem, stręczycielem i dręczycielem. Po wejściu filmu na ekrany obejrzeli go m.in. mężczyźni z moich grup terapeutycznych, którzy mieli za sobą wyroki sądowe za znęcanie się nad żonami. Uznali Ike’a za złego faceta, stosującego gorszy rodzaj przemocy niż oni. Gdyby Ike obejrzał film o moich pacjentach, miałby prawdopodobnie taką samą opinię o nich. O ile mi wiadomo, zaniepokoił go filmowy obraz własnej osoby.

Pogrgżenie w czerwonej fali

W lutym 1995 roku przerażona widownia telewizyjna oglądała i słuchała jak Denise Brown, siostra Nicole Simpson, zeznawała w sprawie brutalnego zdarzenia, jakie miało miejsce w domu Simpsonów. Obrazy spadały ze ścian; ubrania leciały po schodach – opowiadała, płacząc. – Chwycił Nicole i kazał jej się wynosić. Podniósł ją i wyrzucił z domu. Upadła, tłukąc łokcie i plecy. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, by ten uwielbiany gwiazdor sportu i telewizji, O. J. Simpson, tak bardzo różnił się w życiu prywatnym i publicznym. Dla uwielbiających go kibiców O. J. był superbohaterem, legendą – przystojny, uprzejmy, bogaty, wpływowy – jeden z najlepszych obrońców w historii futbolu amerykańskiego. Był komentatorem telewizyjnym w Poniedziałkowym Wieczorze Futbolowym. Grywał w filmach. O. J. był taką znakomitością, że wystarczały inicjały, by ludzie dopowiadali sobie resztę. Mam na myśli jego publiczny wizerunek. Kiedy w 1994 roku Simpson został oskarżony o zamordowanie byłej żony i jej przyjaciela, Rona Goldmana, wyszła na jaw całkiem odmienna, ciemniejsza strona jego osobowości. Nagle dowiedzieliśmy się, że nasz superbohater był agresywny wobec żony. W środkach masowego przekazu odtworzono dramatyczny telefon Nicole Brown Simpson pod numer 911 do komendy policji w Los Angeles. Błagała o pomoc, kiedy O. J. awanturował się, klął i wyłamywał drzwi. Opinia publiczna przeżyła szok. Jak ktoś tak genialny, kto odniósł wielki sukces, mógł być do tego stopnia okrutny w domu?

Agresja wobec kobiet

Przed dwudziestu laty zjawiska agresji wobec kobiet nie traktowano jako problem społeczny. Pomijano je w publikacjach naukowych. Policja nie rejestrowała jej przypadków w kartotekach. Rzadko kiedy aresztowano mężów za pobicie żon. Tylko pracownicy opieki społecznej zdawali sobie sprawę z rozmiarów problemu. Zagadnienie przemocy w rodzinie uświadomił opinii publicznej ruch kobiet, a pionierska praca socjologa Murraya Strausa z 1975 roku ukazała, jak bardzo jest ono powszechne. Psychologowie, chociażby Lenore Walker w klasycznej już książce The Battered Woman [Maltretowana kobieta], znakomicie opisali psychologię kobiety będącej ofiarą przemocy. Nie podejmowano jednak prób opisania psychologii agresorów. Uważano, że odkrycie owej psychologii usprawiedliwi w jakiś sposób niewybaczalne zachowanie mężczyzn i w rezultacie sparaliżuje wysiłki na rzecz wprowadzenia zmian socjopolitycznych zmierzających ku likwidacji agresji wobec partnerek. Badania agresorów były fragmentaryczne. Wynikom brakowało powiązań z teorią lub odwrotnie. Zabrakło kompleksowego podejścia badaczy do problemu. Jeden badał postawy mężczyzn, inny wpływ alkoholu, trzeci zagadnienie przemocy doznanej w dzieciństwie. Często odnosiło się wrażenie, że naukowcy nie znali wzajemnie swoich prac i dlatego nie potrafili skumulować wiedzy na ten temat. Badacze wykazywali niewielkie kliniczne zrozumienie agresorów, a klinicyści pracujący w warunkach polowych z osobami stosującymi przemoc ignorowali wyniki najnowszych badań. W niniejszej stronie starałem się stworzyć spójną teorię łączącą różnorodne odkrycia i godzącą doświadczenia kliniczne z badaniami naukowymi.