Silny wątkek erotyczny

W fantazjach dotyczących porzucenia i nad tym, czy są one wynikiem wpływów kulturowych, czy głębszej prawidłowości łączącej seks z przywiązaniem i stratą. Mężczyźni nigdy nie opisywali porzucenia w kategoriach odczuwania potrzeby bliskości kobiety, uzależnienia od niej oraz jej emocjonalnego wsparcia. Zawsze natomiast sprowadzali scenariusz do trójkąta seksualnego. Spotykała się z kimś. Chociaż kobiety tylko rzadko bywały niewierne, mężowie zbierali „dowody” – wygląda za dobrze. A co z kwadransem, z którego nie umiała się wytłumaczyć? Pewien mężczyzna sprawdzał bieliznę żony w koszu z praniem, szukając „śladów”. Kiedy ujawniła mi to podczas terapii, stwierdził, że ma ze mną romans i napisał do mojego stowarzyszenia psychologicznego. Jako „dowód” podał to, że do gabinetu terapeutycznego przylega sypialnia. Inny wpadał w szał, kiedy do jego dziewczyny dzwonił jakiś mężczyzna. Kiedy dzwonił, podczas gdy prowadziłem z nią wywiad, drżała. Opowiadała, że w oczach swojego kochanka stała się dziwką. Przepełniała go nienawiść do kobiet. Oblewał się potem, nabrzmiewały mu żyły na szyi. Mówiła, że wyglądał wówczas „jak dzikus”. Była przerażona. I nie bez powodu. Kiedy pojawiał się temat podejrzliwości erotycznej, nawet mężczyźni skądinąd „wyzwoleni” i egalitarni w postawach wobec płci, nagle przemieniali się w tępych męskich szowinistów. Co powodowało taki stan rzeczy?

Paranoja małżeńska

Zastanawiałem się, jak powstała opisana przez Resnick reakcja, którą psychiatrzy nazywają paranoją małżeńską lub zazdrością patologiczną, i jak budzący ją lęk przekształcił się we wściekłość. Czym jest strach przed porzuceniem? Jak do niego dochodzi? Wielu agresywnych mężczyzn, których badałem, zmusiło niejako swoje partnerki do odejścia, nasilając, w wyniku subiektywnego poczucia porzucenia, przemoc, której nie mogły już znieść. Często to „poczucie” było oparte na fikcji, na błędnym odczytaniu sygnałów. W rezultacie kreowali oni samosprawdzającą się przepowiednię dotyczącą ich najgorszego koszmaru. Inni, którzy zostali już porzuceni przez żony, śledzili je, obserwując nocami ich domy. Tacy mężczyźni stają się niejako „łowcami” i stanowią potencjalne zagrożenie. Badania wykazują, że 45 procent morderstw kobiet zostało spowodowanych przez „wściekłość [mężczyzny] z powodu rzeczywistego lub spodziewanego oddzielenia od partnerki”7. Uważałem, że poczucie porzucenia (rzeczywistego bądź wyimaginowanego) musi być brane pod uwagę przy wyjaśnianiu zjawiska przemocy mężczyzn w rodzinie.

Prowokujące wzorce

Im głębiej badałem tych mężczyzn i udzielałem im porad, tym szybciej zacząłem dostrzegać pewne wzorce zachowań tym bardziej czułem potrzebę zrozumienia osobowości agresora. Prawdę mówiąc, kiedy zaangażowałem się w tę pracę, pobudziła mnie ona do całej lawiny pytań – pytań, na które można było odpowiedzieć tylko poprzez badania naukowe oraz dalsze studia i kontakty z mężczyznami stosującymi przemoc. Każda odpowiedź rodziła nowe pytania. Dość szybko stało się dla mnie jasne, że zachowanie agresywne inicjowały urojenia dotyczące groźby porzucenia. Były one – tak jak w przypadku Roberta – bezpośrednią przyczyną lub czynnikiem wyzwalającym wściekłość. W książce Nicole Brown Simpson: The Private Diary of a Life Interrupted [Nicole Brown Simpson – prywatny dziennik przerwanego życia] Faye Resnick, przyjaciółka ofiary morderstwa opisuje, jak była świadkiem awantur zazdrości O. J. Simpsona. Resnick relacjonuje, że kiedyś, gdy para próbowała się pogodzić, Simpson zmusił Nicole do ujawnienia, kim byli jej kochankowie. Kiedy jeden z tych mężczyzn wszedł do restauracji, opowiada Resnick: „Pot zaczął mu [Simpsonowi] spływać z twarzy. Żyły na szyi nabrzmiały. Kości policzkowe uniosły się, drgając pod skórą”. I dalej: „O. J. traktował ją jak swoje trofeum. Wpadał w szał zazdrości na samą myśl, że ogląda się za nią inny mężczyzna”.

Standardowy materiał

Pracowałem dostatecznie długo jako terapeuta grupowy, by być świadkiem wszystkiego lub prawie wszystkiego. Widziałem kobiety noszące mocny makijaż i ciemne okulary, żeby ukryć sińce. Kobiety wybuchały płaczem w trakcie spotkań indywidualnych. Leczyłem mężczyzn zaprzeczających używania jakiejkolwiek przemocy, których żony hospitalizowano ze złamaniami rąk i żeber, „spowodowanymi wypadkiem”, oraz kobiety pragnące dać mężom „jeszcze jedną szansę” – po trzydziestu uprzednich napaściach. Poznałem kobietę, która tuż po wyjściu ze szpitala wzięła ślub z mężczyzną, który spowodował jej hospitalizację, i funkcjonariusza policji, który godził się na terapię grupową tylko pod warunkiem, że nie ujawnimy jego zawodu innym uczestnikom grupy. Widziałem lekarzy, dekarzy, ogrodników, fryzjerów, drwali, kierowców autobusowych, mężczyzn różnych profesji i pochodzenia etnicznego, mających jedną wspólną cechę – znieważali i bili kobiety, które rzekomo kochali. Widziałem mężczyzn, którzy zaprzestali stosowania przemocy, choć nie wierzyłem, że okażą się do tego zdolni, i takich, którzy powrócili do dawnych zachowań. Napisałem tę książkę, żeby przedstawić swoje przemyślenia i odpowiedzi na wiele pytań, z którymi musiałem się zmierzyć w trakcie kontaktów z mężczyznami agresywnymi wobec żon.

Szukając odpowiedzi

Zapoznałem się z teoriami przemocy w psychologii i psychiatrii, a także w innych dziedzinach. Przeprowadziłem liczne badania naukowe nad osobowością mężczyzn używających przemocy; pokazywałem pacjentom filmy z kłócącymi się parami, żeby pobudzić agresorów do reakcji emocjonalnych, a następnie je zbadać. Gromadziłem zeznania ich żon, w których cytowały słowa mężów i opisywały ich czyny. Wiele godzin poświęciłem terapii grupowej. Przeprowadziłem wywiady z mnóstwem osób, zarówno sprawców, jak i ofiar – w ramach terapii prywatnej i przygotowań do rozpraw sądowych dotyczących najrozmaitszych problemów – od praw do opieki nad dziećmi po morderstwa. Czasem pracowałem na rzecz oskarżenia, a czasem na rzecz obrony. Systematycznie sporządzałem notatki, zbierałem dane, tworzyłem i korygowałem teorie, dokonywałem przemyśleń oraz pisałem liczne artykuły badawcze dla czasopism uniwersyteckich, jak również podręcznik akademicki. Kiedy mężczyźni zaczęli ujawniać swoje sekrety, uświadomiłem sobie, że przemoc w rodzinie to nie tylko bicie i zadawanie ciosów. Zawsze jest to także próba psychicznej i fizycznej kontroli nad ofiarą, w celu odizolowania jej od wszelkich dawnych i obecnych kontaktów społecznych. Jest to również próba całkowitego zniszczenia poczucia własnej wartości partnerki, by zniewolić ją psychicznie, a samemu podbudować swą nadwerężoną tożsamość. „Namiętne pragnienie posiadania całkowitej i nieograniczonej kontroli nad istotą żywą – jak ujął to lapidarnie Erich Fromm – przemienia niemoc we wszechmoc”.

Jak wygląda świat agresora?

Mężczyźni skierowani do naszych grup terapeutycznych nigdy wcześniej nie przechodzili psychoterapii, bo uważali, że jest ona dobra dla „lalusiów”. Przysłani przez sądy, podczas pierwszej sesji wściekali się i płakali powodowani lękiem, niektórzy awanturowali się, inni pomstowali na system wymiaru sprawiedliwości lub zachowanie żon, które „spowodowało” ich przemoc. Inni wybuchali płaczem, obwiniając się i żałując tego, co zrobili. Mężczyźni ci wydawali się całkiem normalni. Dopiero po przeprowadzeniu wywiadów z żonami dowiadywaliśmy się
o zniewagach, potokach inwektyw oraz biciu i poznawaliśmy grozę ich życia rodzinnego.
Nie wiedziałem, co o tym sądzić. Nie byli to z pewnością „szaleńcy”. Wiedziałem również, że większość mężczyzn nie dopuszcza się przemocy, takiej jak ci agresorzy. Co zatem odróżniało ich od innych? Jaka specyficzna mieszanka doświadczeń społecznych i psychicznych doprowadziła do używania przemocy wobec żon? To było szesnaście lat temu – od tej pory zarejestrowałem tysiąc sto przypadków przemocy wobec żon. Zapewniłem terapię ponad sześciuset mężczyznom. Wszedłem do ich domów, w ich życie, poznałem ich biedę. Prowadziłem badania na siedmiuset agresorach (z grup terapeutycznych i spoza nich).

Sędziowie rzadko posyłali tych mężczyzn do więzienia

Sędziowie uważali, że umieszczanie sprawców przemocy rodzinnej razem z zatwardziałymi przestępcami nie przyniesie niczego dobrego. Zakładali, że uwięzienie męża będzie stanowić ogromny wstrząs finansowy dla rodziny, a po zwolnieniu może doprowadzić do aktów zemsty. Nie wiedzieli po prostu, jak sobie radzić z osobami stosującymi przemoc wobec żon, nie robili zatem nic. Jednak pewien pomysłowy sędzia z Vancouver zdecydował się na eksperyment z nowymi programami. Zamiast skazywać takich osobników na wiele miesięcy więzienia, skazywał ich na spędzanie w areszcie weekendów. Bo właśnie w weekend istniało największe ryzyko ponownego popełnienia przestępstwa, a poza tym, taka forma kary nie ograniczała skazanym możliwości do zarabiania na życie. Wspólnie z moim kolegą, terapeutą Dałem Trimblem, uznaliśmy, że można pomóc tym mężczyznom nauczyć się, jak sobie radzić z własną złością. W 1978 roku, stwierdziwszy, że system prawa karnego nie ma skutecznych sposobów resocjalizacji mężczyzn skazanych za akty przemocy wobec żon, stworzyliśmy dla nich program terapii grupowej. Okazało się, że w Kanadzie jesteśmy pierwsi, a szliśmy śladem pionierskiej pracy Anne Ganley, której metody studiowaliśmy w Szpitalu Weteranów Wojskowych American Lake w Tacoma, w stanie Waszyngton.

Przez następny miesiąc nie dopuszczałem do siebie żadnych uczuć

Stopniowo zaczynałem rozumieć specyficzne poczucie humoru policjantów. Ci, z którymi pracowałem byli niezadowoleni z tego, że muszą rozdzielać walczących małżonków, uspokajać rozwścieczonego mężczyznę, pozwolić się wypłakać kobiecie w szoku lub pocieszać wystraszone dzieci. Twierdzili, że to socjoterapia. Ich zadaniem powinno być patrolowanie ulic, gotowość do akcji. Wyjaśnialiśmy im, że większość aktów poważnej przemocy rozgrywa się w domach, w rodzinach. Czy nie po to wstąpili do służby, żeby ograniczyć przemoc? Nasz program szkoleniowy zakończył się jednak pewnym sukcesem. Jego celem było dopomóc policji w kontrolowaniu rozprzężenia i wściekłości, które mogły się nieoczekiwanie pojawić. Badając policjantów, których uczyliśmy rozwiązywać kryzysy rodzinne, stwierdziliśmy, że lepiej dają sobie oni radę w trudnych sytuacjach rodzinnych niż policjanci, którzy nie przeszli takiego szkolenia. Jednak nawet po tym dodatkowym szkoleniu, liczba aresztowań w przypadkach stosowania przemocy wobec żon nie wzrosła. Uważałem, że wciąż jest ona zbyt niska. Badacze z Uniwersytetu Stanowego w Indiana zarejestrowali przypadki przemocy wobec żon, rozgrywające się nawet w obecności policji, a których sprawcy mimo to nie zostali aresztowani.

Regulamin wymagał uspokojenia zwaśnionych i ustalenia, co się zdarzyło

Wskazaliśmy Ralphowi miejsce w fotelu klubowym w salonie. Ron i Jim usiedli na krześle i sofie, gotowi reagować przy najmniejszych oznakach wrogości. Żona wróciła do salonu. Nie była wcale speszona. W gruncie rzeczy, postanowiła, że Ralph powinien dostać za swoje, więc opisała pijatyki, podczas których ją bił, lżył i nazywał leniwą dziwką. Policjanci spisywali zeznanie. Nagle Ralph sięgnął pod poduszkę fotela i wyciągnął długi nóż. Stał zaledwie o dwadzieścia centymetrów od fotela, kiedy obaj policjanci rzucili się na niego i wykręcili rękę, w której trzymał nóż. Natychmiast założyli mu kajdanki i wezwali radiowóz. Ralph został oskarżony o napaść i napad z użyciem broni. Była dopiero za kwadrans jedenasta. Pamiętam inny gwałtowny incydent – a właściwie jego epilog – w kilka tygodni później: kobieta leżąca w deszczu, martwa, zadźgana przez męża. Nigdy nie zapomnę wyrazu szoku i zdumienia na jej twarzy, krwi sączącej się po niewielkiej pochyłości, mieszającej się z deszczem i ściekającej do oddalonego o cztery metry kanału; czerwonych świateł wozów policyjnych obracających się we mgle; gliniarzy opowiadających dowcipy.

W piątkowy wieczór dochodzi do przemocy

Pierwszego wieczoru, kiedy wyruszyłem na patrol, Ron i Jim, funkcjonariusze, którym towarzyszyłem, przepraszali mnie, że nic się nie dzieje. Był to jednak piątek, wieczór kiedy najczęściej dochodzi do przemocy rodzinnej. Około dziesiątej wieczorem odezwał się radiotelefon. Przyjęliśmy zgłoszenie i udaliśmy się pod podany adres. Postępowaliśmy zgodnie z regulaminem, zbliżyliśmy się ostrożnie, stając po obu stronach drzwi, żeby nie dosięgły nas kule i mocno zapukaliśmy. Drzwi otworzył mężczyzna. Był pijany, mówił niewyraźnie i słaniał się na nogach. Policjanci powiedzieli mu, że otrzymali telefon na temat awantury rodzinnej, która wymknęła się spod kontroli. Czy ktoś jeszcze jest w domu? – zapytał Ron. Tak – odpowiedział mężczyzna.
Czy możemy wejść? Mężczyzna zawahał się. Proszę posłuchać – kontynuował Ron – musimy wejść, bo dostaliśmy wezwanie. Jeśli okaże się, że nie ma problemu, odejdziemy. Mężczyzna zmiękł. Ron zaczął go pytać, co się stało, skupiając na sobie jego uwagę, a Jim wszedł, żeby poszukać kobiety, która telefonowała. Ja przemykałem się za policjantami, starając się nie zwracać na siebie uwagi. W mieszkaniu panował rozgardiasz – stoły były poprzewracane, odzież rozrzucona na podłodze w salonie, rozbita butelka w kuchni. Mężczyzna zaczął coś mamrotać o małej sprzeczce. Moja kobieta nie sprząta w domu i wydaje wszystkie moje pieniądze. Za ciężko pracuję, zbyt wiele godzin.